"Jeśli w Polsce ma istnieć lewica, to wolę, by miała ona oblicze pani Ogórek niż byłych PZPR-owców" (Joachim Brudziński dla "Rz"), "Ogórek spycha ciocię Ewę i wujka Bronka w obszar obciachu. Dlatego budzi nienawiść w Platformie" (Stanisław Janecki wPolityce.pl), "Jak dla mnie, był to strzał w dziesiątkę. Gratulacje, Panie Leszku!" (Piotr Cywiński, wPolityce.pl), "Nie przyłączamy się do chóru tych, którzy chcieli wybierać SLD kandydata, cieszymy się, że pani Magdalena Ogórek dostrzega potrzebę zmiany" (Marcin Mastalerek).

Są też osobiste życzenia pomyślności od kontrkandydata Andrzeja Dudy: "Pani Ogórek nie powinna się przejmować, że ją atakują, tylko realizować swój plan", "Dr Ogórek powiem: Proszę się trzymać!".

Fałszywe to zaloty, bo ich celem nie są zaślubiny ani trwały związek, tylko porzucenie. Kokietowanie kandydatki SLD cel ma jeden: wprowadzić kandydata PiS do II tury. Przy sondażowych prognozach, że prezydent Komorowski wygrywa w I turze, przy 17 proc. poparcia dla Dudy, a nawet 30 proc., PiS potrzebuje kogoś, kto zrobi dwucyfrowy wynik i wyniesie ich kandydata do II tury. Inaczej Duda może zakończyć starcie z Komorowskim na I turze. Bo na razie pozostali kandydaci wspólnie (razem z Ogórek) mają niewiele ponad 10 proc. Wyborczą arytmetykę kandydaci PiS przećwiczyli w listopadowych wyborach samorządowych. Wielu z nich po raz pierwszy weszło do drugich tur w dużych miastach dlatego, że wyniki podbili tam niezależni kandydaci, np.: we Wrocławiu Bezpartyjni Samorządowcy dostali 11 proc., w Gdańsku komitet Gdańsk Obywatelski - 12,3 proc., w Krakowie - komitet Łukasza Gibały -11,16 proc. A w każdym z tych miast wynik kandydata PiS w I turze oszałamiający nie był: We Wrocławiu - 25,8 proc., w Gdańsku - 26,15 proc., w Krakowie - 26,95 proc.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej