Znów udowodnił, że jest papieżem środka - czasem radykalnym, ale zarazem nie liberalnym. Ale właśnie jako taki "centrysta" Franciszek na Filipinach zdołał przyciągnąć 6-7 mln wiernych na największą mszę w historii Kościoła.

Papież wywodzi się spoza bogatego Zachodu i m.in. bieda nie jest dla niego opakowanym w biblijne metafory "ubóstwem", lecz dotkliwym, często upokarzającym ciężarem dla milionów katolików. Franciszek na Filipinach, czerpiąc z języka zwalczanej przez jego poprzedników lewicującej "teologii wyzwolenia", mówił o "strukturach społecznych", które utrwalają biedę, niewiedzę, korupcję... To forma apelu o walkę z biedą przez naprawianie państwa, a nie tylko namawianie biednych do pokornego szukania Boga w ciężkim losie i wsparcia z rąk filantropów.

Franciszek wzywał też do walki ze zmianą klimatu, która - potęgując klęski żywiołowe - będzie szczególnie uderzać w biednych, których nie stać np. na odbudowę domów zburzonych tajfunami. Papież zamierza w tym roku opublikować encyklikę o ekologii. W tym o solidarnym zwalczaniu emisji CO2, co w Polsce jest tak często traktowane jako kosztowne, unijno-lewackie dziwactwo.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej