Mamy z tragedią w Paryżu kłopot. Widać to wyraźnie, gdy przechodzi się koło ambasady Francji w Warszawie, gdzie płonie raptem kilkanaście zniczy. Dobrze, że są, i chwała tym, którzy je przynieśli, ale wiemy dobrze, że stać nas na bardziej spektakularny gest empatii. Być może zadumę nosimy w sobie, ale raczej jest tak, że francuskie zamachy to dla nas "inny" świat, którego istnienie z trudem przyjmujemy do wiadomości.

Wiele mediów zrobiło co trzeba, solidaryzując się ze swoimi kolegami po fachu z Paryża. W debacie publicznej sprawa zamachów została zastąpiona gwarem górniczego protestu. Konsternacja nie jest tylko sytuacyjna. Aspirujemy do Zachodu, ale coraz bardziej widzimy, że niekoniecznie chcemy przenosić wszystko, co tam się dzieje, na nasze własne podwórko. Tożsamościowo może to być dla nas większe wyzwanie, niż nam się wydaje, bo przynależność do Zachodu nie jest na chybił trafił. Nie można czerpać wyłącznie korzyści, kłopoty zostawiając innym.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej