Zamordowani rysownicy od dekad uosabiali dezynwolturę i wolność. Ruchami kredki obdzierali ze skóry polityków i bogaczy, papieża i brytyjską królową, imbecyli, fanatyków wszelkiej maści, i od jakiegoś czasu brodatych islamistów, którzy im regularnie wysyłali pogróżki.

- To trudne być kochanym przez durni - lamentował Mahomet, zakrywając twarz dłońmi na jednym z najsłynniejszych rysunków Cabu. Powstał w lutym 2006 r. gdy tygodnik zdecydował, by opublikować rysunki duńskiego dziennika "Jyllands Posten", który obłożono fatwą. Wówczas we Francji podniosły się głosy, by ograniczyć wolność słowa, wprowadzając ograniczenia respektujące religię, jakakolwiek by ona była.

Dziś nikt już tego nie chce. Wszyscy jesteśmy Charlie. Zgromadzeni w Paryżu i wszędzie na prowincji Francuzi na nowo odkrywają swoją odwagę. Oddają hołd zamordowanym dziennikarzom i policjantom, prześmiewcom i ich strażnikom, czyli buntowi i porządkowi, bez których demokracja nie może się obyć.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej