Bezpośrednią przyczyną kłopotów Moskwy jest spadek cen ropy, a w drugiej kolejności - sankcje ze strony Zachodu. Część polityków w Europie już wyczekuje z nadzieją rychłych oznak mięknięcia przypartego do muru Putina. Sęk w tym, że na razie takie publiczne oznaki mięknięcia są wysyłane głównie z Zachodu.

Szczery bądź udawany lęk przed destabilizacją w Rosji stał się teraz głównym argumentem zwolenników miękkiej linii wobec Kremla i niezaostrzania albo wręcz łagodzenia unijnych sankcji gospodarczych. "Celem restrykcji jest skłonienie Rosji do powrotu do stołu negocjacji. Ich celem nigdy nie było wepchnięcie Rosji w chaos polityczny i gospodarczy" - tak obawami co do skutków sankcji dzielił się parę dni temu Sigmar Gabriel, socjaldemokratyczny wicekanclerz Niemiec. A prezydent Hollande przekonywał w poniedziałek, że Zachód zamiast grozić wzmocnieniem sankcji, powinien raczej zaoferować Moskwie ich szybkie złagodzenie, jeśli będzie "postęp" w sprawie pokoju na Ukrainie.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej