Jej członkowie - Rosja, Kazachstan, Białoruś, Armenia, a wkrótce i Kirgistan - siedzą tylko na "siódmej części". Ale, jak wierzą w Moskwie, jeszcze parę miliardów dolarów rocznie pomocy dla sąsiadów, ton ropy, metrów gazu po niskich cenach i... znajdą się kolejni chętni do klubu pasożytujących na "energetycznym supermocarstwie". A wtedy i do "szóstej" będzie bliżej.

I na razie w spełnieniu tych ambicji tkwi główny sens tworzenia EUG.

Jednoczenie rynków ma oczywiście sens.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej