Po angielsku brzmi to sympatycznie, bo się rymuje: "elf on the shelf". Nie tylko nazwa, ale również postać elfa powielana na obrazkach, sprzedawana w postaci maskotek, puzzli itp. wydaje się sympatyczna - jest to niewinny mały chłopaczek w czerwonym kombinezonie i długiej czapce, podobnej do czapki Mikołaja.

Jednak nie dajcie się zwieść pozorom! To jedna z najbardziej obrzydliwych i niebezpiecznych postaci, jakie pojawiają się w USA w okolicach Bożego Narodzenia. Co gorsza, to nie pojedynczy szkodnik, lecz wielomilionowa armia, bo rzekomo każde dziecko ma swojego elfa na półce.

Winę za to ponoszą dwie pozornie niepozorne kobiety - Carol Aebersold i jej córka Chanda Bell - które napisały w 2005 roku książkę dla dzieci "Elf on the Shelf". Wymyśliły ją przy porannej herbacie i wydały własnym sumptem. Czytamy w niej, że każde dziecko ma elfa, który codziennie obserwuje je z ukrycia, najczęściej z jakiejś półki. Wieczorem, kiedy dziecko pójdzie spać, elf udaje się na biegun północny, do mocodawcy, czyli św. Mikołaja, i zdaje mu szczegółowy raport. Na podstawie tych codziennych raportów św. Mikołaj decyduje, które dzieci były grzeczne - i zasługują na prezent - a które nie.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej