Na Węgrzech, gdzie dotąd nic nie zagrażało pozycji Viktora Orbána, zaczęło wrzeć. Apatyczne społeczeństwo obywatelskie rozbudził pod koniec października plan premiera, który zapowiedział wprowadzenie podatku od internetu. Od tamtej pory tysiące Węgrów zaczęły wychodzić na ulice Budapesztu i innych miast, domagając się odejścia rządzących. W tym tygodniu protestowali w Budapeszcie trzy dni z rzędu - od niedzieli do wtorku. Notowania partii spadły w ciągu miesiąca o 12 proc.
Pozostało 82% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej