Jerzy Zelnik przed sobotnim "Marszem w obronie demokracji i wolności mediów" odczytał deklarację ideową, w której stwierdził, że "nieliczne media i dziennikarze niezależni są coraz częściej jawnie prześladowani".

To fałszywe słowa, a - paradoksalnie - najlepiej udowodnił to sam Kaczyński, maszerując przez Warszawę i głosząc swoje prawdy. Nikt go nie zatrzymywał, nie internował, a media (na czele ze znienawidzonym przez PiS TVN) na żywo relacjonowały każde jego słowo.

Gdyby Polska była taka, jak ją Kaczyński maluje, to wszystko by się po prostu nie miało prawa wydarzyć. A przecież się wydarzyło.

To też nieuczciwe słowa, bo to właśnie rząd PiS zamachnął się na niezależność dziennikarską. W latach 2005-07, kiedy rządziło Prawo i Sprawiedliwość (razem z LPR i Samoobroną) grupa dziennikarzy była inwigilowana przez ABW, CBA i CBŚ. Służby specjalne pobierały od operatorów telefonicznych informacje: do kogo dziennikarze dzwonili, kto do nich telefonował i gdzie wtedy byli. Rekordzistką była Monika Olejnik, jej billingi sprawdzano przez dwa lata. Służby inwigilowały też: Bogdana Wróblewskiego (wtedy "Gazeta Wyborcza"), Macieja Dudę (TVN24.pl) Bertolda Kittla (wówczas "Rzeczpospolita"), Romana Osicę i Marka Balawajdera (RMF FM), Piotra Pytlakowskiego ("Polityka") i Andrzeja Stankiewicza ("Newsweek").
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej