Jarosław Kaczyński wyprowadził ludzi na ulicę 13 grudnia. Żeby pokazać, jak mobilizuje swoich zwolenników. Żeby udowodnić, że panuje nad tłumem, w którym maszerujący zamiast kamieni będą mieć w rękach flagi i biało-czerwone róże.

Z narodowo-katolickim przesłaniem, bez burd i awantur, prowadził ich ulicami Warszawy, by wytrącić przeciwnikom argument, że podpala Polskę. Fakt, pożaru nie było, ale jak co roku lider PiS ogień zaprószył.

Od lat Kaczyński powtarza, że kraj, w którym żyje, nie jest ani wolny, ani demokratyczny.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej