Rozmawialiśmy o sytuacji, była niejasna, przed oczami mieliśmy mgłę. Od rana napływały z różnych stron teleksy (poprzednicy faksów) o ruchach milicji i wojska. Wychodząc, powiedziałem żartem: "Mam nadzieję, że wylecisz, zanim opanują lotnisko". Nie wyleciał. Następnego rana spotkałem go w wielkiej sali przyjęć więzienia na Białołęce.

W domu zastałem Jagę Dzięgiel, wrocławiankę z opozycji. Zagadaliśmy się prawie do północy. Kiedy wychodząc z klatki schodowej - odprowadzałem ją do taksówki - mijało nas trzech mężczyzn, cywil i dwóch milicjantów, cywil spytał mnie: "Czy pan Kuczyński?"
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej