W stanie wojennym cenzura nie miała czego cenzurować - wiele pism zamknięto, a w prasie były wojskowe i rządowe komunikaty, a nie teksty. Słuchało się więc Wolnej Europy, czytali pisma podziemne, gdzie (ilościowo) prawd było mało, bo słaby był dostęp do informacji. I tych prawd władza się bała, choć informacją dysponowała.

Pamiętam, jak w jednym z pierwszych procesów stanu wojennego skazano mojego kolegę z Instytutu Filozofii, bo miał przy sobie ulotki rozpowszechniające - jak twierdził prokurator wojskowy - kłamstwa.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej