Lider PiS podobnych wywiadów udzielał po każdych przegranych wyborach, obwiniając o porażkę wszystkich i wszystko. Tym razem jednak formalnie wygrał, choć minimalnie, o pół procentu. Skąd więc ta frustracja? Skąd ta bulgocząca żółć?

Może z powodu realistycznej oceny tego, co się stało? Poziom aspiracji PiS w wyborach samorządowych był przecież ogromny. Partia spodziewała się wygranej w co najmniej połowie sejmików województw, w większości z nich miała przejąć władzę i rządzić samodzielnie. Tak się nie stało, PiS będzie rządził tylko na Podkarpaciu.

Kaczyński widzi zapewne jeszcze jedno niebezpieczne zjawisko. Mimo zjednoczenia z prawicowymi partiami większość wyborców wyznawała filozofię "na każdego, byleby nie PiS". PiS miał więc swoje 26 proc. i nadal ma swoje 26 proc. Nawet rozczarowani wyborcy PO woleli zagłosować na PSL niźli na partię Jarosława Kaczyńskiego.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej