Jednocześnie dowiadujemy się, że przed młodym człowiekiem w Polsce rysują się ponure perspektywy zatrudnienia. Kilka dni temu podczas publicznej dyskusji o szansach absolwentów z widowni padło wyznanie: w korporacji doświadczyłem tylko wyścigu szczurów, śmieciowych umów i "śmieciowego" traktowania.

Dyskusja w "Wyborczej" na temat sytuacji absolwentów wpisuje się zatem w szerszy kontekst. Młodzi pragną umów o pracę. Nic z tego. Chcieliby 3 tys. zł netto, ale dostaną niecałe 2 tys. zł. Narzekają, że koszty życia w mieście nie pozwalają na samodzielność. A jeszcze pracodawcy narzekają na absolwentów.

Należałoby zatem zalecać pakowanie walizek, gdyby nie pewien fałszywy ton w tej rozmowie. Po pierwsze, w debacie odmalowano postawę totalnej pasywności młodych. Studenci zaprezentowani zostali niczym bezwolne automaty, które bezrefleksyjnie wędrują na studia. Potem "ktoś" daje im pracę. Przy okazji cała sprawa studiowania została sprowadzona do wysokości przyszłej pensji. Żadnej namiętności ze zdobywania wiedzy, żadnych marzeń, po prostu smutek statystyk. Miejsce pracy to tylko ciąg dalszy tej tragedii. Ani słowa o rozwoju osobistym, zupełnie nowych zawodach, przełamywaniu stereotypów. Ma być etat, bezpieczeństwo i Nuda?
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej