Jutrzenką tego zjawiska był zapewne "Big Brother", którego sukces polegał przede wszystkim na tym, że wydawca wykreował zapotrzebowanie na gówna oglądanie. A potem poleciało jak po sznurku i wszystkie telewizje zaczęły się ścigać w wymyślaniu podobnych programów cieszących się "wielką popularnością".

Dziś mistrzem jest zapewne format "Rolnik szuka żony". W normalnych warunkach trudno byłoby zrozumieć, dlaczego przed tym seksistowskim programem zasiada kilka milionów widzów. Choć niewątpliwie rolnicy mają problem ze znalezieniem osób do brudnych robót, takich jak: skubanie pierza, sprzątanie, mycie garów. Tradycyjna żona jest do tego najlepsza. Rolnik dziś jest bardzo nowoczesny, obsługuje wiele maszyn, ale jego wypasione (bo takie są w programie) gospodarstwo potrzebuje żony, czyli osoby do prac, którymi rolnik gardzi. Program ma zwiększyć podaż żon, ale przede wszystkim zaspokoić ciekawość gawiedzi. Gawiedź na co dzień ciekawości światem nie przejawia, ale od czego telewizyjni macherzy?! Ciekawość się wykreuje!
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej