Policja musiała chronić brunatnych przed nimi. Ogoleni na łyso zwolennicy odrodzenia narodowego i wygnania z Niemiec wszystkich obcych protestowali potem przeciwko łamaniu prawa. Te skargi z ust ludzi, którzy, gdy mieli przewagę, napadali na inaczej myślących, brzmiały żałośnie.

Fakt, neonaziści potrafili wszcząć burdę, pobić, podpalić dom, w którym mieszkali azylanci. Przez dziesięć lat kilkuosobowa neonazistowska grupa terrorystyczna dzięki wyjątkowej - a dla wielu podejrzanej - nieporadności służb specjalnych polowała na obcych, zabijając dziesięć osób. Ale brunatni nigdy nie byli w Niemczech siłą. Aż do ostatniej niedzieli.

Wówczas podczas wielkiej demonstracji w śródmieściu Kolonii 4,5 tys. podpitych demonstrantów wykrzykiwało "Sieg Heil!" i "Ausländer Raus!" (precz z cudzoziemcami), tłukło policjantów. Aż 44 funkcjonariuszy zostało rannych. Aresztowano jedynie 17 kiboli. A na pielęgnowanym przez władze od czasów mundialu wizerunku gościnnych, tolerancyjnych Niemiec pojawiła się gruba rysa.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej