Darmowy elementarz dla pierwszaków, którego wprowadzenie stało się flagowym projektem minister edukacji Joanny Kluzik-Rostkowskiej, trafił do 97 proc. szkół podstawowych. Ta finansowa ulga dla rodziców pierwszaków to początek zmian - ministerstwo zapowiada odchodzenie od modelu, w którym rodzice płacą z własnej kieszeni za komercyjne materiały edukacyjne. To kamień milowy w dostępie do edukacji, ponieważ tylko w tym roku opiekunów 450 tys. uczniów nie będzie stać na wszystkie niezbędne materiały. Ważna reforma pozbawiona jest jednak istotnego elementu, który mógłby przeobrazić polską edukację.

XXI wiek, XIX-wieczne metody

Od lat trwa krytyczna dyskusja nad tym, jaki powinien być podręcznik w czasach, gdy personalizacja nauczania i zróżnicowane podejście do potrzeb każdego ucznia stają się wiodącym trendem edukacyjnym. Sytuację wykorzystują wydawcy, proponując różne treści i różne materiały edukacyjne, tworząc iluzję różnorodności i drenując kieszenie rodziców. Nowoczesna szkoła nie może jednak opierać się na kilku papierowych podręcznikach służących rzeszy nauczycieli do prowadzenia takich samych lekcji na podstawie scenariuszy dostarczonych przez wydawców. Zatem jeśli rządowe elementarze miałyby stanowić jedynie darmową wersję płatnych propozycji, zostajemy z XIX-wiecznym modelem edukacyjnej urawniłowki.
Pozostało 84% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej