Rosyjski prezydent nie komplementował swojego kazachskiego kolegi; przeciwnie. W tym samym wystąpieniu poinformował, że "większość ludności popiera ściślejsze więzi z Rosją", całkiem zresztą zrozumiale, skoro kraj już "jest częścią russkowo mira". Powiało Krymem - zresztą całkiem niesłusznie.

Po pierwsze, mimo gromkich słów Nazarbajewa o obronie niepodległości nikt nie wątpi, że Putin - który poinformował przewodniczącego Komisji Europejskiej José Manuela Barrosa, iż gdyby zechciał, "wziąłby Kijów w dwa tygodnie" - na zdobycie Astany potrzebowałby jeszcze mniej czasu. Po drugie, trudno sobie wyobrazić, by Putin musiał to zrobić: w Kazachstanie nikt nie zamierza ani obalać Nazarbajewa, ani podpisywać porozumień z UE. Przeciwnie: z nierosyjskich członków Unii Eurazjatyckiej Kazachstan pozwala sobie na jeszcze mniejszą polityczną autonomię względem Moskwy niż Białoruś. Kogo więc Putin straszy?
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej