Pojawił się też zarzut "neoliberalizmu", choć nie wiem, skąd to "neo" - liberalizm to liberalizm, nic w nim szczególnie nowego. I nie rozumiem, dlaczego idea, której jądrem jest wolność, miałaby służyć jako epitet. Jest piękna i stanowi fundament cywilizacji, w której żyjemy.

Niemniej spór o to, czy potrzebujemy więcej państwa i redystrybucji, czy więcej wolności i rynku, to istotna dyskusja toczona w zamożnym świecie zachodnim. Świat mniej zamożny, rozwijający się, rzadziej ma takie dylematy - dla niego raczej jest oczywiste, że jeśli chce się wydobyć z biedy, musi pozwolić ludziom na nieskrępowane rozwijanie aktywności i przedsiębiorczości. Nie może też przesadnie oskubywać ich za pomocą podatków.

Najwyraźniej Polska awansowała w ostatnich latach do światowej ligi zamożnych, bo to, co przez lata było dla nas oczywiste, oczywistym być przestaje. Przybywa zwolenników wysokich podatków, zwiększonej roli państwa i kosztownych zabezpieczeń socjalnych.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej