Publiczne uderzenie się w piersi jest gestem niezwykle ważnym. To zdanie nie tylko moje, ale także ofiar księży pedofilów, z którymi rozmawiałem. Piątkowe nabożeństwo odbierają jako pierwszy krok na drodze do oczyszczenia. U jej kresu jest Kościół, w którym biskupi nie tuszują przestępstw swoich podwładnych.

Jest jednak kilka powodów, które przesłaniają radość, że biskupi na chwilę odłożyli na bok swój majestat, padli na kolana i wyznali: "Mieliśmy ratować maluczkich Królestwa Bożego, a staliśmy się narzędziem zła przeciw nim".

Po pierwsze, są biskupi, którzy odpuścili zarówno udział w konferencji na temat pedofilii, jak i w nabożeństwie pokutnym. Przysłali swoich delegatów.

A tymczasem to właśnie postawa biskupa diecezjalnego jest kluczowa, jeżeli przestępcę ma spotkać sprawiedliwość w procesie kanonicznym. Ofiara zgłasza się do biskupa, opisuje mu, co ją spotkało, a ten przekazuje sprawę do watykańskiej Kongregacji Nauki Wiary. Finałem tego procesu może być wyrzucenie z kapłaństwa - to najwyższa kościelna kara w przypadku pedofilii. Także od biskupa zależy, czy wcześniej - do wyjaśnienia sprawy - ksiądz zostanie tymczasowo zawieszony w obowiązkach albo odsunięty od pracy z dziećmi.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej