Taką z grubsza myśl wyraził mój redakcyjny kolega Adam Leszczyński ("Wyborcza", 9 czerwca), którego skądinąd cenię i zazwyczaj czytam z uwagą. Nawet gdy się z nim nie zgadzam - czyli dość często, choć nie zawsze - odnajduję w jego rozumowaniu elementy inspirujące i skłaniające do przemyśleń.

Tym razem jednak nie mogę się nadziwić: dlaczego Adam i inni - często radykalniejsi i mniej inspirujący - obrońcy idei równości i sprawiedliwości społecznej nie mówili tego samego, gdy pracę traciły załogi PGR-ów, hut, kopalń i innych zakładów dotowanych z budżetu?

Właśnie wtedy trzeba było powiedzieć: "Współczujemy ludziom, którzy tracą pracę w PGR-ach i hutach, ale trudno. Muszą się pogodzić z tym, że zostali złożeni na ołtarzu sprawiedliwości społecznej. Przecież ich miejsca pracy były finansowane z podatków, którymi obciążano całą resztę obywateli. Trzeba było położyć temu kres".
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej