Burdy na pogrzebie generała wyrastają z atmosfery zrozumienia dla protestujących i niezrozumienia najnowszej historii Polski. Nasze umysły tkwią w niewoli schematów.

Się mówi

Jaruzelski - autor stanu wojennego. Ale już się nie mówi: Jaruzelski - ten, który zgodził się na powrót "Solidarności". Bo przecież do relegalizacji "Solidarności" Jaruzelski parł w styczniu 1989 r. z taką determinacją, że zagroził dymisją ze wszystkich stanowisk, gdyby PZPR się na to nie zgodziła.

I się mówi: Jaruzelski spowodował ofiary śmiertelne. Ale sto ofiar dekady lat 80. to chyba mniej niż 379 ofiar trzech dni zamachu majowego Józefa Piłsudskiego? By nie rzec już o późniejszych ofiarach stworzonego przez Piłsudskiego systemu.

Się też mówi: w roku 1981 Jaruzelski nie musiał (wprowadzić stanu wojennego), a w roku 1989 musiał (zgodzić się na porażkę systemu). Ale czy widmo stref okupacyjnych, jakie w roku 1981 miały powstać po wkroczeniu do Polski wojsk sowieckich, NRD-owskich i czechosłowackich, nie jest w stanie usprawiedliwić jego decyzji? A czy Okrągły Stół (luty 1989), wybory (czerwiec 1989), powołanie na premiera Tadeusza Mazowieckiego (sierpień 1989) - nie są aby wcześniejsze niż zburzenie muru berlińskiego (listopad 1989) i Jesień Ludów, zamknięta rozstrzelaniem Ceauçescu (grudzień 1989)? Czy - słowem - gen. Wojciech Jaruzelski nie był katalizatorem zmian w całej Europie Środkowej?
Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej