Opozycja wiedziała, że w niedzielę władze szykują prowokację, by rozpędzić Majdan. Dlatego chciała ograniczyć wiec do jego terytorium, lecz to się nie udało. Jeden z inicjatorów tzw. automajdanu (mobilnych grup przemieszczających się samochodami i blokujących siedziby władz czy posiadłości Janukowycza i jego współpracowników) wezwał do przeniesienia się pod Radę Najwyższą i trwania tam. Kilka tysięcy ludzi go posłuchało.

Na to tylko czekał Berkut (oddziały specjalne milicji) oraz dresiarze, którzy wtopili się w tłum manifestantów i jako pierwsi zaatakowali funkcjonariuszy. Ci odpowiedzieli użyciem gazu łzawiącego, granatów głuszących, broni z gumowymi kulami i polewaczek z wodą. Według scenariusza władz demonstranci mieli ustąpić, a siły porządkowe powinny pójść za ciosem i przypuścić szturm na Majdan usprawiedliwiony "terroryzmem" protestujących.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej