Przynajmniej w najbliższej perspektywie, bo rząd w Kijowie oświadczył, że wznowienie rozmów z Unią będzie możliwe dopiero wtedy, gdy "współpraca gospodarcza z UE zrekompensuje straty spowodowane zerwaniem wymiany handlowej z państwami Wspólnoty Państw Niepodległych". A to bez przyjęcia przez Ukrainę standardów obowiązujących w Unii jest niewykonalne.

UE włożyła maksimum wysiłku i dobrej woli w to, by umowa stowarzyszeniowa i towarzysząca jej umowa o pogłębionej strefie wolnego handlu zostały podpisane na szczycie Partnerstwa Wschodniego w Wilnie pod koniec listopada. Kijów otrzymał znacznie korzystniejsze warunki niż te, które w 1991 r. wynegocjowała Polska, gdy nasz rząd podpisywał umowę stowarzyszeniową. Dodatkowo ukraińskie władze musiały spełnić kilkanaście elementarnych wymogów, by pokazać, że będą szanować wartości, na których oparta jest Unia.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej