O liczącej półtora tysiąca obrazów kolekcji niespodziewanie odkrytej w pewnym zagraconym mieszkaniu w Monachium media na całym świecie trąbią od tygodnia, a piarowcy kanclerz Angeli Merkel mają poważny problem. Wartą miliard euro kolekcję odkryto w mieszkaniu syna marszanda, który podczas wojny skupował dzieła na zlecenie Josepha Goebbelsa, szefa propagandy III Rzeszy. Media w kółko przypominają więc, jak to Niemcy rabowali w podbitej Europie dzieła sztuki i najprawdopodobniej z tego procederu się nie rozliczyli. Bo jak inaczej tłumaczyć to, że o tak olbrzymim zbiorze nikt nie miał pojęcia, a jego właściciel, by się utrzymać, sprzedawał pojedyncze obrazy? Co gorsza, prowadząca sprawę prokuratura, zasłaniając się dobrem śledztwa, odmawiała pokazania odnalezionych płócien światu, a nawet opublikowania ich listy. Czyżby Niemcy mieli coś do ukrycia?
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej