Wyeliminowanie ze spółek nominacji politycznych było jednym ze sztandarowych haseł Platformy w 2007 r. Premier Donald Tusk obiecał to w exposé. Wcześniej takie deklaracje składały AWS, SLD i PiS. Jednak na obietnicach się kończyło, a władze spółek obsadzano z partyjnego klucza.

Aleksander Grad, minister skarbu w pierwszym rządzie PO-PSL, wydał w 2007 r. zarządzenie, że zasady naboru do rad nadzorczych mają być jawne, krótkie listy kandydatów publikowane w internecie, a rady nadzorcze będą ogłaszać konkursy na członków zarządów wszystkich spółek. Jednak szybko się okazało, że konkursy wygrywają ci, którzy mają wygrywać, czyli mogą one być ustawione pod konkretnych kandydatów.

Przypadek posła Norberta Wojnarowskiego, który obiecywał posadę w jednej ze spółek KGHM delegatowi na dolnośląski zjazd PO Edwardowi Klimce w zamian za głosowanie na Jacka Protasiewicza, nie jest odosobniony. Wcześniej posady w miedziowym koncernie dostawali ludzie Grzegorza Schetyny, gdy był on wpływowym wicepremierem i szefem MSWiA. Ale nie tylko Polską Miedź upodobała sobie Platforma. Kiedy szefem resortu infrastruktury został Cezary Grabarczyk, desant łódzki szeroką ławą wmaszerował do spółek kolejowych.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej