Gdy są bardzo bogaci, mają naganiaczy. Często stoją pijani na polance, a miejscowa ludność, za pieniądze, napędza przestraszone zwierzęta. Strzelają jak do kaczek. Nie zawsze trafiają. Tak się bowiem dzieje, że myślistwo jest sportem, na który przychodzi ochota, gdy wypełnia się portfel. Ale wtedy słuch i wzrok szwankują. Od czego jednak leśniczy. Leśniczy pomoże, w końcu polskie nadleśnictwa z tego żyją. Cudzoziemcy pchają się drzwiami i oknami, zwłaszcza że w ich krajach podobne "sporty" są mocno ograniczone i znacznie droższe.

Leśniczy naprowadzi myśliwego na ofiarę, a w razie niefortunnego strzału odszuka i dobije ranne zwierzę (o ile je znajdzie). W polowaniach ważne są obrządki, o których z dumą opowiada się kolegom. Najpierw się pije, potem się pije, potem zapija. Macza się ręce we krwi (przepraszam "w farbie") martwego lub umierającego zwierzęcia. Czy ono cierpi? To nic w porównaniu z rozrywką i chwałą, którą ma zabijający. A poza tym, jakież to ekologiczne! Zwłoki oporządza się na miejscu, w lesie, na tle dzikiej przyrody, trofea zabiera się ze sobą (mięso idzie na sprzedaż). Potem dom ozdabia się czaszkami i skórami martwych zwierząt. Taka estetyka. Niektórzy lubią nie tylko bawić się cierpieniem innych, ale i żyć wśród szczątków swoich ofiar. Taki styl.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej