Zaczęło się od tego, że odpowiedziałam na zaproszenie na kurs dla prolajferów. Jak zachęcała fundacja Pro-Prawo do Życia:

Kurs dostarcza cennych informacji "technicznych" do walki z propagandą zabijania. Uczestnicy mogą się dowiedzieć, w jaki sposób krok po kroku zorganizować wystawę czy pikietę, wziąć udział w warsztatach, które uczą inicjatywy oraz poznać wielu ludzi, którym leży na sercu dobro dzieci.



Tak się składa, że leży mi na sercu dobro dzieci. Wysłałam zgłoszenie. Nie chciałam ujawniać, że jestem dziennikarką "Gazety Wyborczej", obawiając się, że to, co zobaczę na kursie, nie będzie do końca naturalne, tylko robione pod dziennikarzy wrażej "GW". Nie zamierzałam też opisywać kursu w "Gazecie", tylko poszerzyć swoją prywatną wiedzę, zatem wiem, że byłam w porządku.

Jednak sprawy przybrały dziwny obrót. Po krótkiej wymianie maili zostałam "zdemaskowana". Gdy nie zaprzeczyłam wprost, że jestem dziennikarką "GW" i zapytałam, czy kurs jest niedostępny dla mediów, jeden z organizatorów zakomunikował mi: "Ten kurs jest dla prolajferów (jak sama nazwa wskazuje), a nie dla proaborcyjnych dziennikarzy. Dla dziennikarzy chętnie zorganizujemy warsztaty".
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej