Myślę też, że za kilka miesięcy wszyscy zapomną buntownika Lemańskiego i pogodzą się z nowym nasłanym przez władze proboszczem, bo w końcu dzieci się rodzą, starsi umierają i ktoś musi dać chrzest lub pochować. Ludzie, zwłaszcza w małych miejscowościach i wsiach, nie mają jeszcze wyobraźni (odwagi? możliwości?) życia inaczej, to znaczy bez kosztownych rytuałów, upokorzeń z nimi związanych (np. nauki małżeńskie, ciągłe datki) i bez posłuszeństwa hierarchom. Na wsiach na Kościół się narzeka i plotkuje o proboszczach, że hipokryci, że mają dziewczyny, że zmieniają samochody, a przede wszystkim, że łupią wiernych: im biedniejsza mieścina, tym bardziej roszczeniowy ksiądz. Ale nie wiem, co musiałoby się stać, by to ludzie stali się bardziej roszczeniowi wobec Kościoła, a Kościół bardziej usługowy wobec swoich wiernych.

Jan Hartman "modli się" w sobotniej "Gazecie" "O Polskę wolną od konkordatu". Twierdzi, że: "milowym krokiem na drodze do uzyskania przez polskie państwo suwerenności w stosunku do Kościoła będzie uwolnienie się od upokarzającego zobowiązania do posiadania konkordatu. To najpilniejsza zmiana w konstytucji, jaką musimy przeprowadzić". Myślę, że to niewiele da.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej