"Po Warszawie krążą informacje, że Wojciech Fibak, właściciel galerii sztuki, tenisista ze światowej czołówki, pośredniczy w zaznajamianiu młodych dziewczyn z zamożnymi panami. Postanowiłam to sprawdzić".

Tak zaczyna się tekst Maliny Błańskiej w najnowszym "Wprost". Błańska spotyka się z Fibakiem, podoba się Fibakowi; Fibak ma proponować jej spotkanie z bogatym Polakiem z Nowego Jorku - "on ci pomoże w jakichś rzeczach, kosztach studiów, z opłatą za telefon".

Od rana temat - bezrefleksyjnie podkręcany - żyje w internecie, ląduje wśród najczęściej czytanych. I komentarze odważne, bezkompromisowe - szkoda cytować.

Żeby było jasne: Fibak mi ani brat, ani swat; jak wielu dzięki niemu sięgnąłem kiedyś po rakietę tenisową; co on robi prywatnie, średnio mnie interesuje, jeśli nie łamie prawa.

Nie chcę, żeby zabrzmiało to jak rytualne potępienie. Ale naprawdę nie zamierzam usprawiedliwiać ani bronić Fibaka. Nie ma usprawiedliwienia dla stręczycielstwa w jakiejkolwiek postaci.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej