Marek Biernacki ze swoimi ortodoksyjnie katolickimi poglądami nie zaangażuje się ani w sprawiedliwą obronę mniejszości seksualnych, ani w ustawę o związkach partnerskich, ani w konwencję bioetyczną, chyba że będzie łamać własne sumienie, którego spektakularnie nie chciał złamać Gowin.

W Europie osób o tak tradycyjnych poglądach religijnych w ogóle nie mianuje się na stanowiska, których funkcją jest zmiana społeczna, chyba że potrafią pracować na rzecz dobra wszystkich obywateli (a nie tylko katolików), pozostawiając religijną doktrynę w domu. Tak jak robi to konserwatywny premier Wlk. Brytanii czy prawicowi parlamentarzyści francuscy, którzy większością głosów i wbrew katolickiemu prawu naturalnemu przyjęli ustawę o małżeństwach gejowskich i adopcji przez nich dzieci.

A w Polsce premier uznał, że musi być jakaś przeciwwaga dla nowoczesnych stadionów, dróg, fabryk i zegarków ministra Nowaka. Będą nią zakonserwowane tradycją i boskim prawem relacje społeczne. Kobieta ma być udomowiona, na urlopach macierzyńskich i poza rynkami pracy, dzieci u jej boku (a nie w przedszkolach), rodzina ma być tradycyjna, bez gejów i partnerstwa, zapłodnienie in vitro - prywatne i dyskretne, poród - bolesny i naturalny, czyli zgodny z wolą Pana Boga, życie seksualne poddane prokreacji, a aborcja - wyłącznie za granicą.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej