Wczorajszy szczyt europejsko--ukraiński w Brukseli prasa kijowska dramatycznie nazywała "ostatnim dzwonkiem". Bo - jak oceniali komentatorzy - czas już najwyższy się zdecydować i dokonać historycznego wyboru: albo zwrócić się na Wschód, gdzie Władimir Putin nęci tanim gazem, albo porozumieć się z Brukselą tak, by już jesienią Ukraina mogła podpisać umowę stowarzyszeniową z Unią.

Szczyt za nami, "ostatni dzwonek" przebrzmiał i znów usłyszeliśmy od Hermana Van Rompuya, przewodniczącego Rady Europejskiej, dyżurne słowa: że ciągle mamy "historyczną możliwość dokonania skoku w naszych relacjach poprzez podpisanie umowy o stowarzyszeniu i wolnym handlu między Ukrainą a UE", że Europa ciągle oczekuje od Kijowa "namacalnych postępów", czyli demokratyzacji i wypuszczenia z więzienia opozycjonistów - byłej premier Julii Tymoszenko oraz szefa MSW w jej rządzie Jurija Łucenki.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej