Co prawda tu i ówdzie przydałby się jakiś urbanista, który pohamowałby pełną dowolność architektonicznego stylu (bo na Mazurach mnożą się domy góralskie, w górach widoczny jest styl hollywoodzki, a wszędzie plenią się tzw. dworki polskie, choć one ani z Polski, ani dworki).
Przydałby się ktoś z wielkim autorytetem (teologicznym, watykańskim?), by przekonać księży, że w sakralnej architekturze równie ważna jak rozmach jest harmonia, piękno i funkcjonalność, bo "kościoły potwory" odzwierciedlają raczej ego prowincjonalnych proboszczów i biskupów niż eschatologiczny cel budowli. Ale trudno. Lepiej widzieć nieopanowany wzrost niż kontrolowany uwiąd.

Gorzej jest natomiast, gdy zatrzymamy się na dłużej "u miejscowych". Polska, zielona wyspa, staje się nagle czarną dziurą. Brak więzi sąsiedzkich, brak aktywności obywatelskiej, zerowa świadomość ekologiczna.
Prof. Czapiński w swojej "Diagnozie społecznej" sformułował kiedyś tezę, że jesteśmy społeczeństwem rodzinnych wysp bez mostów między nimi. Więź sąsiedzka, która powinna być zaczynem patriotyzmu, jest więcej niż słaba. Ludzie nie lubią swoich sąsiadów, często nie znają ich, są obojętni na ich los, "nie "wtrącają się" w ich życie, nawet gdy widzą, że potrzebna jest pomoc czy interwencja.
Rozmawiałam z kobietą, której mąż kilka razy złamał pięścią szczękę. "Co na to sąsiedzi?" - zapytałam. "A mojego to się wszyscy boją, po co się wtrącać, może się zemścić". Nawet gdy się nie boją, nie interesują się innymi. Nie ma mowy o aktach gościnności, popularnych w USA, gdy nowemu sąsiadowi przynosi się ciasto, by się z nim poznać, nawiązać kontakt i wcielić we wspólnotę.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej