Sąd bez jakiegokolwiek głębszego prawniczego wywodu uznał, że oskarżona uraziła uczucia religijne innych osób. Wobec braku jakiejkolwiek klarownej prawnej definicji uczuć religijnych sąd zapewne kierował się osobistymi poglądami na ten temat. Wyrok jest tak absurdalny w demokratycznym państwie prawnym, za jakie przynajmniej chcemy uchodzić, że aż prowokuje do podobnie nonsensownej reakcji. Można by sobie np. pomyśleć, że pani Doda miała jednak trochę szczęścia. Ten przeniesiony żywcem ze średniowiecza sąd mógł ją w końcu skazać na stos.

Ale rzecz jest zbyt poważna, by podsumować ją jedynie kpiną. Jest tu kilka kwestii odrębnych. Po pierwsze, sam wyrok. Sąd nie miał prawa zbyć milczeniem konfliktu wartości, który musiał rozstrzygnąć. Wolność słowa i poglądów [także antyreligijnych] oraz ochrona uczuć religijnych. Najwyraźniej sąd nie potraktował fundamentalnej wolności politycznej poważnie.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej