Ekspertyzy i namysł przed podjęciem decyzji, to - oczywiście - rzecz chwalebna. Ale trudno oprzeć się wrażeniu, że - swoim zwyczajem - rządzący po prostu odsuwają od siebie temat, który stał się niewygodny. Tym bardziej, że konsultacje - nie organizowane, ale spontaniczne - już się toczą. Wywołał je nasz artykuł (z 14 marca), w którym poinformowaliśmy, że minister sprawiedliwości Jarosław Gowin ma zastrzeżenia do przystąpienia Polski do tej konwencji. Że nie podoba mu się "genderowa" definicja płci. Definicja nie biologiczna: że kobieta to ktoś mający geny XX, a mężczyzna - XY, tylko społeczna: że płeć to "społecznie skonstruowane role, zachowania, działania i cechy, które dane społeczeństwo uznaje za właściwe dla kobiet i mężczyzn." Jego zdaniem ta definicja (przypomnijmy: definicja na użytek konwencji, w której mowa o zwalczaniu przemocy zakorzenionej w stereotypach dotyczących płci) została przeforsowana przez "organizacje gejowskie" w celu umożliwienia małżeństw homoseksualnych (jak miałaby je wprowadzić konwencja o przeciwdziałaniu przemocy wobec kobiet?!)
Pozostało 83% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej