Młodzi są w fatalnej sytuacji, jeśli chodzi o rynek pracy. Po serii artykułów i dyskusji, które przetoczyły się przez media, swoje wnioski wyciągnęli rodzice. A są one takie: to my ponosimy część winy za to, w jaki sposób nasze dzieci poruszają się po rynku pracy. Trudno się z tym nie zgodzić. Dlaczego?

Po pierwsze, większość rodziców nie miała takich szans i możliwości rozwoju oraz zdobywania wykształcenia jak ich dzieci. To pokolenia , w którym wyższe wykształcenie dawało szansę na awans społeczny. Było nie tyle furtką, ile nawet bramą do lepszego życia. Naturalnie, stawiając na wykształcenie, chcieli więc tego lepszego życia dla swoich dzieci. Tzw. boom edukacyjny ułatwił realizację owego pokoleniowego marzenia.

Po drugie, sam fakt zdobywania wykształcenia ich zdaniem wykluczał jednoczesną pracę. W związku z tym przez lata studiów często łożyli na utrzymanie swoich pociech. Zapewniali im jak najlepsze warunki. Wpajali, że studia to czas dla nich, czas na naukę. To początek lepszego startu. Lata mijały, a młodzi często, zamiast zdobywać doświadczenie, korzystali z uroków bycia studentami. Na rodzicielski kredyt.
Pozostało 80% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej