Jakże pięknie by było stworzyć dla świata realnego - w którym 1 procent ma coraz więcej, a 99 procent ma coraz mniej - sprawiedliwą alternatywę wirtualną. Sieć jest trochę jak pierwsi chrześcijanie walczący z Lwem, choć już nie Rywinem, bo tego wyeliminowało starsze pokolenie.
To sieć stała się podziemiem i ruchem rewolucyjnym. Jakże czegoś takiego nie lubić? Przecież nawet prezes koncernu czuje do nich miętę, szczególnie że zwolennicy alternatywnego życia dużo jej wypijają.
Na tym ołtarzu zostały poświęcone i leżą prawa autorskie twórców, które jednak nie cieszą się dobrą opinią nawet ich samych. Z tych restrykcyjnych praw wzięła się jedna z bardziej odmóżdżonych form kultury masowej, jaką są tzw. trailery. Skoro legalnie można rozpowszechniać tylko skraweczki filmów "na prawach cytatu", robi się z nich sieczkę. Co więcej, to rozpruwanie garnituru, jakim jest film, w celu uszycia chusteczki do nosa uważane jest już za nowy rodzaj sztuki. Ze swej strony prosiłbym bojowników o wolność internetu o dopisanie do listy protestów kręcenia trailerów.
Ale cóż, kiedy oni właśnie tego chcą! Chcą móc brać to wszystko, co ich otacza, i wykorzystywać dowolnie, jak im się podoba. W tym miejscu idealizm się kończy. Większość na swojej działalności w internecie zarabia albo na to liczy. Nikt za nic nie chce płacić w necie, ale wszyscy chcą, aby im w nim płacono. Uzyskanie takich stosunków ekonomiczno-rynkowych byłoby stworzeniem królestwa bożego na Ziemi. Niestety, nawet w grach można odzyskać tylko swoje stracone życia, ale wydanych na nie pieniędzy - już nie!
Źródło: Gazeta Wyborcza