Kilka dni po tym, jak prezydent Autonomii Palestyńskiej i przywódca Fatahu Mohammad Abbas podpisał w Dausze z przywódcą Hamasu Chaledem Meszalem porozumienie o utworzeniu rządu jedności narodowej, dotychczasowy premier rządu Hamasu w Gazie Ismael Hanija zapowiedział, że jego organizacja nigdy nie wyrzeknie się przemocy ani nie uzna Izraela. I że
Iran pomoże Palestyńczykom "wyzwolić meczet al-Aksa spod izraelskiej okupacji".
Porozumienie potępili też inni przywódcy Hamasu w Gazie, a także izraelski premier Beniamin Netanjahu, który stwierdził, że Abbas odwrócił się od pokoju z Izraelem.
Formalnie rzecz biorąc, Netanjahu ma rację. Meszal nie zobowiązał się w imieniu swojej organizacji do wyrzeczenia się przemocy, uznania Izraela i honorowania wcześniejszych porozumień pokojowych. Dał jednak do zrozumienia, że nie będzie sprzeciwiał się, by rząd jedności narodowej tymi właśnie zasadami się kierował.
Czy więc izraelski premier pochopnie odrzucił palestyńską inicjatywę, która mogłaby przybliżyć szanse pokoju? Jest w końcu jasne, że bez Hamasu, który w 2006 r. wygrał palestyńskie wybory, pokoju nie będzie - a porozumienie z Dohy zdaje się sugerować, że organizacja ta przynajmniej dopuszcza możliwość pokoju.
Kłopot w tym, że nie jest jasne, czy Meszal, który zapowiedział był, że zrezygnuje z kierowania Hamasem, istotnie ma prawo do przemawiania w imieniu organizacji. Gazańskie kierownictwo układ z Dohy wszak potępiło, zwracając uwagę na to, że zawarte w nim łączenie stanowisk prezydenta i premiera (oba miał sprawować Abbas) jest sprzeczne z ustawą zasadniczą - zresztą Hamas żadnych stanowisk w nowym rządzie i tak nie obejmie.
W rzeczy samej jedynym skutkiem porozumienia miałaby być utrata stanowiska przez szanowanego na Zachodzie palestyńskiego premiera Salama Fayada oraz usztywnienie stanowiska samego Abbasa, który obecnie żąda, by Izrael zamroził wszelkie budownictwo na Zachodnim Brzegu. W przeciwnym wypadku zamierza on wznowić zabiegi w ONZ o uznanie państwa palestyńskiego. Poprzednia próba nie przyniosła powodzenia, a kolejna też nie wróży większych sukcesów. Dlaczego więc Palestyńczycy zapędzili się w tę ślepą uliczkę?
Porozumienie z Dohy należy rozumieć jako konsekwencję utracenia przez Abbasa i Meszala ich zagranicznych patronów: Egiptu i Syrii. Obalenie Mubaraka i zwycięstwo wyborcze Bractwa Muzułmańskiego wyniosło do władzy w Egipcie siły bardziej sprzyjające Hamasowi niż Fatahowi. Krwawa rzeź w Syrii sprawiła zaś, że Meszal wyprowadził z Damaszku emigracyjne kierownictwo Hamasu - gdy odmówił poparcia Asada, jego własne bezpieczeństwo zostało zagrożone.
Jednak gazańskie kierownictwo ruchu, w nieoczekiwanym gambicie, postawiło na Iran. Tym samym i Meszal, i porozumienie z Dohy zostały de facto zdezawuowane. Hamas akurat wtedy, gdy jego akcje w Kairze wzrosły, naraził się na potępienie ze strony państw arabskich, szczerze bądź nie potępiających syryjską rzeź, a w Iranie upatrujących strategiczne zagrożenie. Teheran wiele będzie musiał teraz Hamasowi zapłacić - w pieniądzach, sprzęcie i poparciu - by wyrównać tę stratę.
Najważniejsze w tym wewnątrzpalestyńskim konflikcie jest to, że w ogóle nie wiąże się on z Izraelem. Netanjahu mógł sobie darować krytykę Abbasa, w porozumieniu z Dohy chodziło o zapobieżenie przejęciu Hamasu przez Teheran. Nie udało się - i teraz los fundamentalistycznego ruchu terrorystycznego zależy od tego, czy Asadowi uda się wymordować swych przeciwników.
Jeśli tak, to Arabowie będą musieli jakoś dogadać się Iranem, sojusznikiem zwycięskiego reżimu. Jeśli nie, to jadąc do Teheranu, Hanija sobie i swemu ruchowi wykopał polityczny grób.