Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Rząd ma kolejny problem, a mianowicie ustawę wydłużającą wiek emerytalny kobiet i mężczyzn. Ta ustawa jest jak kula śniegowa, która za chwilę toczyć się będzie, nabierając tempa, ciężaru i objętości. Może nawet zmieść rząd. Nigdzie w Europie wydłużanie wieku emerytalnego nie przeszło bez społecznego sprzeciwu i spadku popularności władzy.
Tuskowi może być jeszcze trudniej, bo już na początku kadencji zaliczył co najmniej dwie wielkie wpadki - ustawę refundacyjną i ACTA. Ustawy różne, lecz przyczyna wpadek ta sama: brak konsultacji, debat, polityki informacyjnej. PR - jak się okazuje - nie zawsze jest skuteczny. Czasem władza musi ograniczyć swoją wszechwiedzę i arogancję, bo społeczeństwo potrzebuje uznania swojej podmiotowości - trzeba z nim pogadać. I lepiej to zrobić przed wprowadzeniem ustawy w życie niż po.
Z ustawą emerytalną jest jeszcze jeden problem. To jest ustawa uwikłana w rozległy kulturowy kontekst, w złożoną tkankę tradycji, nawyków i stereotypów; nie można jej wprowadzić mechanicznie, jako aktu jednorazowych zmian. Wymaga podejścia holistycznego (całościowy), rewolucji edukacyjnej, a nawet - jak twierdzi Danuta Hübner - "nowej społecznej umowy".
Mówiąc językiem obecnej władzy: by wygrać mecz, nie wystarczy kupić drużynie nowe piłki, trzeba długo pracować ze wszystkimi zawodnikami.
Ludzie powinni wiedzieć, dlaczego mają dłużej pracować, skoro tylu młodych bezskutecznie szuka pracy? Jak przedłużyć wiek emerytalny, skoro dzisiaj pracodawcy chętnie pozbywają się osób po pięćdziesiątce, a znalezienie pracy w wieku 55 plus - szczególnie w przypadku kobiet - graniczy z cudem? Wiele pytań zadawać będą przede wszystkim kobiety, bo mało kto dostrzega ich gorszą sytuację na rynku pracy, a zwłaszcza fakt, że w znaczącym stopniu jest ona spowodowana stereotypami.
"Naturalna" praca domowa Nie tylko rząd, ale i społeczeństwo nie uwzględnia pracy domowej kobiet. Nie widzi się ani jej wartości, ani prestiżu, ani tego, jak współtworzy
budżet narodowy. Bo - zgodnie z kulturowym stereotypem i naszą polską tradycją - praca domowa kobiet to rzecz naturalna, zgoła biologiczna, niewymagająca ani uznania, ani wynagrodzenia. Ot Bóg stworzył kobietę jako przeznaczoną do rodzenia i z tego przeznaczenia wynika, że nie tylko rodzi, ale też, że musi wychowywać, prać, gotować, zajmować się mężem, zaopatrzeniem domu, zdrowiem fizycznym i psychicznym jego mieszkańców, być pielęgniarką, kierowcą, kucharką, sprzątaczką, pielęgniarką,
krawcową, dekoratorem wnętrz, dietetykiem itp.
Wszystko nieodpłatnie, bez żadnej rekompensaty w wieku emerytalnym, a do tego - bez żadnego społecznego uznania: przecież kobiety, które zajmują się domem, "nic nie robią"! Żadnemu z poważnych ekonomistów nie przyszłoby do głowy obliczyć, jaka część narodowego budżetu pochodzi z pracy mam i opiekunek, które "nic nie robią". Dopóki nie doceni się pracy domowej kobiet, postulat wydłużenia ich wieku emerytalnego będzie kpiną z ich życia.
Budżet ma płeć Państwo w minimalny sposób pomaga kobietom pragnącym godzić role wychowawcze i zawodowe lub tym, które do takiego godzenia są zmuszone. Żłobki są trudno dostępne lub zbyt drogie, a posyłanie do nich dzieci wiąże się ze sporym obciążeniem psychicznym, bo w naszym tradycyjnym państwie panuje stereotyp, że
kobieta, która oddaje dziecko do żłobka, to zła matka.
Rząd nie ma ani woli, ani pomysłów na promowanie elastycznego czasu pracy lub innych form realnego wspierania osób wychowujących dzieci. By zachęcić kobiety nie tylko do pracy, ale i do pozostania w niej dłużej, rząd musiałby poważnie pomyśleć o polityce socjalnej, infrastrukturze opiekuńczej, o motywowaniu przedsiębiorców do zatrudniania matek wychowujących dzieci (np. zmniejszona składka na ZUS). Przede wszystkim zaś musiałby pomyśleć o gender budgetingu, czyli o tym, jak dystrybuować budżet, by wydatki szły zarówno na kobiety, jak i na mężczyzn. Dziś przewaga mężczyzn w udziale w wydatkach budżetowych jest miażdżąca, wystarczy porównać, ile rząd i samorządy wydają rocznie na piłkę nożną (stadiony, "orliki", parkingi), reformy administracyjne czy wojsko, a ile na żłóbki i przedszkola, politykę socjalną czy edukacyjną.
Kobieta jako parias "Tradycyjnie" kobiety mniej zarabiają niż mężczyźni, choć często mają lepsze wykształcenie i takie same kwalifikacje. Dlaczego? Bo kobieta - zgodnie ze stereotypem - jest "ryzykowna". Urodzi, pójdzie na urlop, potem na zwolnienia. Stereotyp polskiej rodziny nie uwzględnia faktu, że dzieckiem może zajmować się ojciec, więc mniej chętnie się ją przyjmuje do pracy i mniej chętnie w nią inwestuje.
A poza tym jest mniej roszczeniowa (tak ją wychowano): nie narzeka na swoje wynagrodzenie, nie domaga się podwyżek, bo wie, że ze względu na swoją rozrodczość należy do "grupy ryzyka". Poza tym "zawsze tak było". Kobiety wszędzie na świecie ciągle jeszcze są pariasami, wszędzie gorzej zarabiają, trudniej im znaleźć pracę, częściej są z niej zwalniane (i często dlatego, że mają męża, który według pracodawcy zarobi na obojga), szybciej są wypychane poza rynki pracy, rzadziej oferuje się im staże, kursy doskonalenia zawodowego, awanse i stanowiska, bo zaprzepaszczą wszystko, rodząc kolejne dziecko lub opiekując się chorym. Kobiety mają nad sobą "szklany sufit", pod nogami "lepką podłogę". Mężczyźni rzadko to widzą, bo pędzą w górę "ruchomymi schodami". Według stereotypu kariery mężczyzn są równie naturalne, jak opiekuńcza praca kobiet.
Wylęgarnie stereotypów Kobiety się nie buntują. Dlaczego? Bo tak się je wychowuje. To tajna broń patriarchalnego społeczeństwa, które przez system socjalizacji, religijnego wychowania i szkolnej edukacji tworzy i wzmacnia w kobietach przekonanie, że ich domowa i wychowawcza praca jest czymś "naturalnym", a robienie zawodowej kariery - czymś szkodliwym dla dzieci. W szkołach dzieje się to poprzez podręczniki i
lektury. Na lekcjach katechezy promowany jest stereotyp "tradycyjnej rodziny", gdzie tata pracuje i zarabia, a mama opiekuje się dziećmi i też pracuje, ale w jakiejś podrzędnej, zgodnej z "naturalnym powołaniem" roli.
Czy ktokolwiek widział w podręcznikach mamę - naukowca, informatyczkę, polityczkę? I nie zobaczy. Zarówno poprzednia, jak i obecna minister edukacji gwarantuje, że do żadnej rewolucji kulturowej w szkołach nie dojdzie. Tymczasem reforma zmuszająca kobiety do wydłużenia wieku emerytalnego powinna zacząć się właśnie od reformy szkolnych modeli socjalizacji. Zarówno
wzrost gospodarczy, poprawa demografii, jak i sukces reformy emerytalnej związane być muszą z przechodzeniem od społeczeństwa tradycyjnego do posttradycyjnego, gdzie jednostki postrzegają siebie jako indywidua, a nie jako organiczne elementy hierarchicznych wspólnot, takich jak rodzina czy naród. Pisał o tym Michał Boni w swojej "Polsce 2030". Szkoda, że nikt w rządzie tego nie czytał.
Stary, czyli niezdolny Nie tylko kobiety, ale ludzie starzy uwięzieni są w stereotypie. Osoba 55 plus to ktoś niezaradny, niezdolny do nauki, niemobilny, nieprzystosowany do nowych technologii. Jak ją więc zatrzymać w pracy?! Dodatkowo, jeśli 55 plus jest kobietą, to ma na głowie nie tylko wnuki (bo nie ma przecież przedszkoli), ale również opiekę nad starymi rodzicami (infrastruktura opiekuńcza zarówno wobec dzieci, jak i osób niesamodzielnych jest w Polsce mocno niedofinansowana). Nikt takim osobom nie pomaga, bo zgodnie ze stereotypem, to ich "przeznaczenie".
W krajach, w których wiek emerytalny jest wyższy niż w Polsce i które nie są obciążone tak wielką liczbą stereotypów, osoby po sześćdziesiątce robią zawodowe kariery i stanowią łakomy kąsek dla przedsiębiorstw zajmujących się czasem wolnym i turystyką. U nas babcia to ciągle ta, która piecze ciasta. Ale jak ona będzie je piekła, gdy zostanie kilka lat dłużej w pracy?!
Sprzeciw kobiet będzie wielki, choć - jak zawsze - "sobie poradzą". Ale czy rząd sobie poradzi? Czy polegnie "na kobietach"?