To najbardziej ambitna ustawa tej ekipy. Zdecyduje o przyszłości kraju. O tym, czy będziemy za kilkanaście lat dopłacać dziesiątki miliardów złotych z budżetu na emerytury, czy przeznaczymy te pieniądze np. na innowacyjną gospodarkę, drogi, edukację i opiekę zdrowotną.
Zmiana jest bolesna. Oznacza, że kobiety będą pracować o siedem lat dłużej, mężczyźni o dwa. Niewielkim pocieszeniem jest to, że cała Europa idzie w podobnym kierunku. To, co planują Polacy, zrobili już
Niemcy,
Wielka Brytania, Norwegia, Islandia,
Hiszpania.
Od podwyższania wieku emerytalnego nie ma ucieczki (chyba że chcemy sobie zafundować np. 28-proc. stawkę VAT). Nie przybywa dzieci, a długość życia będzie rosnąć. Od 2050 r. 65-letnia Europejka będzie żyć przeciętnie jeszcze 24 lata, czyli o cztery lata dłużej niż dziś. O cztery lata dłużej będą także żyć mężczyźni.
Dziecko, które urodzi się w tym roku, będzie żyło w kraju 38-milionowym. Kiedy skończy
studia,
Polska będzie mieć aż o 2 mln mieszkańców mniej. A gdy zbliży się do sześćdziesiątki, nad Wisłą żyć będzie ledwie 31 mln Polaków.
Według Komisji Europejskiej, aby uniknąć eksplozji wydatków emerytalnych, wiek odchodzenia z rynku pracy kobiet i mężczyzn powinien do 2060 r. wzrosnąć w UE nawet do 70 lat!
Związkowców statystyki nie obchodzą. Zbierają podpisy pod referendum o odrzucenie ustawy. Podobnie zachowuje się opozycja, u której zamiast merytorycznej dyskusji dominuje polityczna demagogia.
Sprawę komplikuje to, że do tej gry dołącza koalicyjny PSL. Proponuje, aby za każde urodzone dziecko Polka mogła odchodzić na emeryturę o trzy lata wcześniej. W przypadku kobiet z piątką dzieci oznaczałoby to skrócenie stażu o 15 lat.
Trudno sobie wyobrazić dzisiejszą 30-latkę, która decyduje się na dziecko, bo pójdzie szybciej na emeryturę. Wydaje się, że bardziej w posiadaniu dzieci przeszkadza niepewność na rynku pracy i brak żłobków oraz przedszkoli.
PSL nie dodaje też, że takie rozwiązanie oznaczałoby dla kobiety na emeryturze życie w skrajnej biedzie za 300, 400 zł miesięcznie. Ewentualnie mogłaby liczyć na najniższe świadczenie (dziś 728 zł brutto). Takie są zasady nowego systemu, w którym dotacje państwa raz na zawsze się skończyły. Liczą się tylko nasze odłożone w czasie pracy składki.
Na razie premier nie dopuścił, aby w projekcie ustawy znalazł się pomysł PSL. Czy będzie jednak tak twardy, kiedy projekt ustawy zderzy się z parlamentem? Oby tak. Dla dobra matek.
Sama ustawa o podwyższeniu wieku emerytalnego to jednak za mało. Państwo musi pokazać ludziom, że zdaje sobie sprawę z ich obaw: czy będą mieli pracę do 67. roku życia? Co z tego, że wydłużymy wiek emerytalny, skoro ludzie będą na bezrobociu? Budżet zamiast zyskać na podatkach, będzie musiał wypłacać zasiłki.
W ustawie (nie w innych przepisach wprowadzonych za rok czy dwa lata, ale teraz) musi być cały pakiet zmian, które ułatwią ludziom podnoszenie lub zmianę kwalifikacji. Bez tego zwiększanie wieku nie ma sensu. Jeśli dziś 50-latka ma wielkie problemy ze znalezieniem pracy, to jakie problemy będzie miała 62-latka?
Rząd musi pokazać, co dalej z programem Solidarność Pokoleń 50 plus? Jak na razie odniósł on niewielki sukces. Wskaźnik zatrudniania osób między 55. a 64. rokiem życia wzrósł do 34 proc. W 2008 r. wynosił 31,6 proc. Średni wiek przechodzenia na emeryturę w ciągu dwóch ostatnich lat przesunął się z 57 do 59 lat. To nie wystarczy.
Niedawno zadzwonił do nas budowlaniec z Warszawy. - Mam 50 lat, chciałbym zdobyć nowe umiejętności, chcę nauczyć się angielskiego. Czy państwo może mi jakoś pomóc? Gdzie mam pójść? Do ZUS? Urzędu pracy? Urzędu miasta? Wojewody? Są jakieś dotacje unijne?
Potrzebujemy narodowego programu umożliwiającego na wielką skalę zmianę czy podnoszenie kwalifikacji. Pieniądze na to są m.in. z Europejskiego Funduszu Społecznego.
Jeżeli mamy dłużej pracować, musimy poprawić warunki tej pracy w naszych zakładach, firmach. Według badań Centralnego Instytutu Ochrony Pracy mamy w kraju 2 mln osób pracujących w zagrożeniu, czyli w warunkach przekraczających dopuszczalne wartości, np. hałasu. Trzeba premiować zakłady, które chcą coś poprawiać, udoskonalać, zmieniać na lepsze. Dziś nie mają w tym interesu.
Efekt? ZUS wydaje na renty i odszkodowania z tytułu nieodpowiednich warunków pracy co roku ok. 5 mld zł. Państwo - co zapisano w odpowiedniej ustawie - na prewencję wypadkową może dać do 1 proc. wpływów ze składki wypadkowej. W 2011 r. z tej składki wpłynęło 6,3 mld zł. Na prewencję można by więc przeznaczyć 63 mln zł. Przeznaczono... 3,5 mln zł. A przecież z tych pieniędzy można by stworzyć programy, dzięki którym wypadków będzie mniej, a schorowani ludzie zamiast uciekać na rentę, będą mogli dłużej być w pracy.
Aby ludzie mogli pracować tak długo, trzeba też wzmocnić nasz system edukacji. Czasy, gdy jeden człowiek w jednej firmie bądź jednym zawodzie pracował do emerytury, się kończą. Szkoły muszą zacząć przygotowywać ludzi do elastycznych zmian zawodu i nieustannego podnoszenia kwalifikacji. Dziś jednak nikt w naszym kraju nie wie, jakie zawody będą miały wzięcie za 20 czy 30 lat. Efekt? Typowy absolwent polskiej uczelni to kiepsko wykształcony humanista. Kilkanaście procent Polaków wybiera co roku kierunki pedagogiczne, wiedząc z góry, że większość nie znajdzie pracy w swoim zawodzie. Powinniśmy mieć, jak Niemcy, instytucję przy Ministerstwie Pracy, która będzie badała trendy dotyczące zatrudnienia w przyszłości.
W polskich szkołach, w liceach musi się pojawić preorientacja zawodowa z dużym naciskiem położonym na nauki ścisłe. Ba, Związek Rzemiosła Polskiego mówi nawet o tym, że wiedzę o zawodach powinniśmy propagować już na etapie przedszkola.
Wiek emerytalny musimy podnieść. Ale musimy to zrobić z głową.