Broniąc praw autorskich, ACTA posługuje się bombą atomową, skutków wybuchu której nie sposób przewidzieć. Zawiera szereg niejasno opisanych procedur, które mogą doprowadzić do masowego łamania prywatności internautów - także tych, którzy z kradzieżą praw autorskich nie mają nic wspólnego. W starciu prawa własności z jednej i prawa do prywatności, wolności przepływu myśli i idei z drugiej strony - tę drugą stronę zlekceważono.

Czy powinniśmy się na to godzić, przystając na zapewnienia np. polskiego Ministerstwa Kultury, że polskie przepisy są wystarczająco restrykcyjne i ACTA nic nie zmieni? Czy powinniśmy ufać takim zapewnieniom, skoro nie tak dawno to samo ministerstwo widziało potrzebę uzupełnienia owych przepisów porozumieniem pomiędzy operatorami internetowymi a organizacjami zarządzającymi prawami autorskimi - np. ZAiKS - które bardzo przypominało niektóre rozwiązania ACTA (operatorzy internetowi odmówili przystąpienia do porozumienia)?
Pozostało 83% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej