Tak, przecież jesteśmy zewsząd wykluczani, usuwani, a poza tym oficjalne państwo jest niegodne Polaków, zaprzedało się Rosjanom, Niemcom, Europie - piszą jedni, także ci, których często czytam w mediach całkiem oficjalnych, nie zaś w podziemiu. Nie zakładajmy innego państwa, tylko przejmujmy to, jakie jest, możemy to zrobić, bo w Polsce rosną w siłę - jak zgrabnie to ujmuje prof. Andrzej Zybertowicz - "archipelagi polskości".
Uczestnicy tej fundamentalnej debaty nie zauważyli, że sami swój spór rozstrzygnęli już dawno temu. Zamknęli się w świecie równoległym, odrutowali go i wywiesili napisy: "Wejścia i wyjścia nie ma". Bo kto z tego świata wychynie, zostaje uznany za zdrajcę.
Jedną z cech tej równoległej rzeczywistości, jest to, że nikt, kto żyje poza nią, nie zasługuje na to, by go tolerować. To nie są autonomiczni ludzie, tylko sługusy lub marionetki potężniejszych sił. A jeśli jakieś poglądy im się jednak przyznaje, to świadczą one niemal zawsze o niechęci do polskości i patriotyzmu.
Coraz częściej czytam więc, że ja, moi znajomi i wielu Polaków nie chcemy polskości. To stwierdzenie, choć wredne i absurdalne, stało się w środowiskach prawicowych banałem. Ot, zwykła konstatacja, jak to, że pada deszcz. Piszą tak choćby - by poprzestać na jednej literze alfabetu, ale mam inne na podorędziu - panowie Zybertowicz, Zaremba, Ziemkiewicz.
Jak ktoś ci mówi, że nie znosisz polskości, to jakakolwiek rozmowa, nawet spór, stają się niemożliwe. Toteż wbrew własnym deklaracjom owi panowie i panie z różnych liter alfabetu nie dążą do sporu, ani nawet do twardej konfrontacji poglądów. Dążą do ciszy wokół siebie. To daje im poczucie komfortu i mocy: mogą wyznaczać, kto jest za Polską, a kto przeciw niej, kto - patriotą, kto - zaprzańcem. I nikt nie przeszkadza, nie polemizuje.
Wszyscy ci ludzie żyją jednak w złudzeniu swej mocy. Wydaje im się, że są ober-Polakami, ale naprawdę są jedynie ober-kelnerami kilku środowisk, którym przynoszą zamówione dania. Bo jakby przynieśli inne, zostaliby wymienieni na lepszych kelnerów. Jest w tym niezły żart rzeczywistości. Niegdyś właśnie ci komentatorzy wpajali swój język i swoje ideologiczne jazdy tej części społeczeństwa. I osiągnęli sukces: zamknęli się wraz ze swym "ludem" w odizolowanej zagrodzie. I stali się jego niewolnikami. Konformistami moralnych wzmożeń.
Źródło: Gazeta Wyborcza