Nie czytałem apelu prof. Mariusza Czubaja, czytałem tylko polemizujący z przedstawionymi tam racjami artykuł w ''Gazecie'' (8 grudnia) podpisany przez dr. Michała Bilewicza i dr hab. Marię Lewicką. I moje uwagi odnoszą się tylko do tej polemiki i przedstawionego w niej sposobu rozumowania. Przedmiot polemiki wyglądać może trywialnie. Sprowadza się do pytania, czy pisać po polsku, czy po angielsku? Na tak postawione pytanie mam prostą odpowiedź: pisz po polsku albo po angielsku, bylebyś pisał dobrze (ewentualnie mądrze, a nie głupio). Gdy jednak zapytamy, co to znaczy dobrze (mądrze), sprawa nie będzie się przedstawiała tak prosto.

Punkt wyjścia tej dyskusji jest bardzo konkretny. Otóż istnieje system oceniający domniemaną wartość prac naukowych powstających w placówkach naukowych (wyższych uczelniach i instytutach PAN), stanowiący podstawę przy rozdziale funduszy państwowych (wysoko oceniane dostają więcej pieniędzy, niżej oceniane - odpowiednio mniej). Prace napisane po angielsku i publikowane w renomowanych zagranicznych periodykach naukowych są punktowane znacznie wyżej niż napisane po polsku i publikowane w renomowanych polskich periodykach (wszak mamy również i takie). Nie jest to decyzja obecnego rządu i prowadzonej przez min. Kudrycką reformy nauki, takie rozwiązanie stosowane było wcześniej, przeciwko czemu podnoszone były w środowiskach humanistycznych protesty. System ewaluacji jest nawet dzisiaj stosowany znacznie bardziej elastycznie. Autorzy artykułu "Mądra i głupia obrona humanistyki" prezentują prostsze i bardziej radykalne stanowisko: również humaniści powinni pisać po angielsku. Jeśli nie chcą, należy ich ku temu skłonić, choćby właśnie marchewką w postaci dodatkowej punktacji. Marchewką czy może kijem na tych, co upierają się pisać po polsku.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej