Przekonanie o "zdradzie elit" jest w naszej prawicy zakorzenione tak głęboko, że każdą - nawet najgłupszą i najmniej wiarygodną - poszlakę, która wydaje się je uzasadniać, uznają za pewnik
Nie wiem, czy Jan Pospieszalski świadomie złamał zasady etyki dziennikarskiej - o elementarnej przyzwoitości nie wspominając - kiedy oskarżył zmarłego prof. Geremka o zdradę "Solidarności". Gotów jestem uznać, że miał szlachetne intencje: chodziło mu o prawdę. Wyszło, niestety, jak zwykle.
Ciekawsze od intencji jest to, komu Pospieszalski (a także historyk Wojciech Sawicki z IPN i reżyser Grzegorz Braun) są skłonni w tej sprawie ufać - bo mówi to dużo o stanie umysłów naszej prawicy. Żeby to jednak ustalić, trzeba będzie przeprowadzić analizę źródła historycznego.
Obiecuję, że będzie krótka i niezbyt męcząca.
W całej sprawie poszło, jak pamiętamy, o depeszę enerdowskiego dyplomaty, który w 1981 r. streszczał rozmowę Stanisława Cioska - wówczas peerelowskeigo dygnitarza - z Geremkiem, wówczas wpływowym doradcą "S". Geremek miał, według tej relacji, właściwie domagać się rozbicia "S" i powołania nowego, uzależnionego od władz związku (skądinąd wiadomo, że taki był pomysł władz PRL, który w czasie stanu wojennego nie udał się - m.in. ze względu na opór internowanego Wałęsy i innych czołowych działaczy).
Mamy więc dokument, który jest relacją nawet nie z drugiej, ale z trzeciej ręki. Ciosek opowiada coś enerdowskiemu dyplomacie. Być może z nim pogrywa. Być może chce mu opowiedzieć, że w "S" są tzw. zdrowe siły - sprzyjające władzy - żeby dyplomata uspokoił swoich mocodawców w Berlinie: towarzysze z Berlina bardzo naciskali wtedy w Moskwie na stłumienie "S", a Moskwa naciskała na Jaruzelskiego. Być może Ciosek rzeczywiście coś podobnego mówił, ale Niemiec coś przekręcił. Wszystkie te możliwości trzeba wziąć pod uwagę.
Można oczywiście zapytać o to Cioska, który zaprzecza, żeby w ogóle mówił coś takiego Niemcowi - i którego relacja też jest źródłem historycznym, nawet jeśli mamy prawo mieć do niej ograniczone zaufanie. Wypada ją jednak przynajmniej przytoczyć. Ani historyk z IPN, ani Braun, ani Pospieszalski tego jednak - jak wynika z programu - nie zrobili. Zakładają z góry, że Ciosek kłamie? Ale dlaczego? Dlaczego właściwie ufają temu, co Ciosek podobno mówił wtedy, a to, co mówi teraz, uznają za kłamstwo? Może kłamał Niemcowi w 1981 r., a mówi prawdę Polakom w 2011 r.? Nie można tego z góry wykluczyć. A jeśli się wyklucza, to wypada powiedzieć, dlaczego.
Za domniemaną "zdradą" Geremka przemawia więc jeden dokument, do którego mamy prawo mieć wiele wątpliwości. Przeciw - cały życiorys opozycjonisty, przed i po stanie wojennym, plus relacja Cioska.
Ani Pospieszalski, ani Braun, ani Sawicki nie mają jednak problemu - ani żadnych skrupułów - żeby zakwestionować cały życiorys Geremka - na podstawie jednego, jak się ładnie mówi, "kwitu".
Wszyscy ci panowie są przekonani - co wypowiedział jasno w programie Pospieszalskiego zaproszony tam Bronisław Wildstein - że "my, obywatele" nie znamy prawdziwej historii walki z komunizmem. Że było w niej coś strasznego, tajnego i ukrytego - bo tylko przez zdradę elit, najpierw w 1981 r., potem przy Okrągłym Stole, katolicki Naród Polski nie chce dziś głosować na prawicę, na którą oczywiście każdy Polak w naturalny sposób powinien głosować
Stąd biorą gorączkowe poszukiwania w archiwach każdego dokumentu, który wydaje się taką spiskową wizję przeszłości potwierdzać - i całkowity brak krytycyzmu wobec tego, co się tam znalazło. Stąd nagłaśnianie każdego, nawet najmniej wiarygodnego drobiazgu, który potwierdza to, co panowie (bo zwykle tymi sprawami zajmują się panowie) myśleli już wcześniej.
Przerabialiśmy już wiele podobnych historii. Na tej samej zasadzie historyk z IPN Piotr Gontarczyk parę lat temu oskarżył Jacka Kuronia - i "komandosów" z marca 1968 r. - o to, że, cytuję, "nie chodziło o dawanie jakiegokolwiek świadectwa na wzór Pana Cogito, tylko o udział w walce dwóch konkurencyjnych frakcji wewnątrz PZPR. Niepodległość, wolność czy inne transcendentne wobec taktyki politycznej wartości były tu mniej istotne". (P. Gontarczyk, Relacja TW "Returna" ze spotkania z Jackiem Kuroniem. Przyczynek do rozważań na temat wydarzeń marca 1968 r., Aparat Represji w Polsce Ludowej 1944-1989, nr 1/2/2005, s. 366)
I w tym wypadku Gontarczyk oparł się na jednej notatce sporządzonej przez SB z jednej relacji agenta - Lesława Maleszki - z jednego spotkania Jackiem Kuroniem w latach 70. Na tej podstawie oskarżył wszystkich "komandosów"! Wbrew całej dotychczasowej literaturze przedmiotu i metrom dokumentów archiwalnych, które taki zarzut każą uważać za absurdalny.
Mógłbym się w tym miejscu demonstracyjnie oburzyć na przekręcanie historii. Nie boję się jednak o polską historię: w literaturze naukowej - proszę mi wierzyć na słowo - takich złowrogich głupstw nie jest wcale tak wiele. Także społeczna szkodliwość programu Pospieszalskiego jest, mimo wszystko, ograniczona.
Bardziej interesuje mnie stan umysłów naszej prawicy. Co ci panowie sobie myślą? Naprawdę wierzą w to, co mówią? Naprawdę nie potrafią spojrzeć na te "kwity" z dystansu? Są tak bardzo zaślepieni, że nie widzą, jak to jest groteskowe?
A potem jeszcze się dziwią, że ich lider nie może wygrać wyborów.