Od wczoraj mamy nowego bohatera narodowego, i to jakiego! ŻYWEGO całkiem!

Nie zginął śmiercią tragiczną ani męczeńską, zachował się absolutnie po bohatersku i teraz cały naród powinien mu nadskakiwać, no a przynajmniej wysłać kwiaty, czekoladki, pocztówki albo telegramy z gratulacjami, a w najgorszym razie maile na ozdobnej papeterii, na ładnych e-kartkach! Kapitan Wrona jest już bohaterem na Facebooku, a to oznacza że jest w nim w ogóle!

Ogromnie się cieszę nie tylko z happy endu w iście amerykańskim stylu (Można? Można!), ale i z tego, że on sam nie zginął był, jak nasi wielcy bohaterowie w bitwach, wojnach, wypadkach, z rąk zamachowców, a których nazwiska noszą ulice i place i szkoły. Niepokoi mnie jednak to, co my z tym fantem zrobimy, bo nie mamy wprawy w uwielbianiu żyjących bohaterów. Może z wyjątkiem JPII do którego i tak musiano strzelić, żebyśmy go kochali jeszcze bardziej. W PRL-u kapitan Wrona dostałby przynajmniej mieszkanie (bo okazałoby się, że mieszka w ciasnym mieszkanku z piątka dzieci, teściową i chorym psem), może samochód? A przynajmniej talon na wczasy w WFP nad morzem.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej