Kłopot z minister Radziszewską polega m.in. na tym, że ona nic nie rozumie. Nigdy nie starała się zrozumieć, jakie zarzuty organizacje pozarządowe mają pod jej adresem. Spróbuję to jeszcze raz wyłozyć. Zacznijmy od kwestii fundamentalnych, a więc od tego, czego oczekiwalibyśmy od osoby sprawującej urząd do spraw równościowych, co w eurożargonie nazywa się ds. równego traktowania. Chcielibyśmy kogoś z wizją i misją, osoby która utożsamiałaby się w pełni z ideą równości i niedyskryminacji z każdego powodu i któraby wykorzystywałaby wszelkie dostępne instrumenty prawne, a także inicjowałaby dalszy rozwój i poprawę standardów równościowych, bowiem są one wciąż niedostateczne i niedoskonałe, również na poziomie Unii Europejskiej. Chcielibyśmy osoby formatu Izabeli Jarugi-Nowackiej czy Magdaleny Środy, które bardzo wysoko podniosły poprzeczkę A co dostaliśmy w osobie min. Radziszewskiej? Urzędniczkę, która podziela wiele uprzedzeń, z którymi powinna walczyć w ramach polityki antydyskryminacyjnej i która za swoje główne zadanie uznała pilnowanie, żeby broń boże nie przesadzić z tą równością. To tak jakby ministrem sportu zostałaby osoba niechętna kulturze fizycznej.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej