W kwietniu minister sportu Adam Giersz zapowiadał, że rząd nie będzie rozmawiał z kibolami, którzy łamią prawo. Potem - po zamieszkach po finale Pucharu Polski w Bydgoszczy - rząd jeszcze bardziej zaostrzył kurs. Zamykając stadiony, strzelał z armaty do wróbla, bo gardzący prawem i dobrymi obyczajami kibole to dobrze zorganizowana, lecz mimo wszystko stadionowa mniejszość. Kluby i kibice dostali jednak wyraźny sygnał: nie będzie tolerancji dla bandytyzmu.

Stojąc oko w oko z kibolami, Tusk niby mówi to samo.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej