20 lat temu świat wciąż przypominał to, co istniało od zakończenia wojny. Dwa supermocarstwa, kilka rozwiniętych gospodarczo państw Zachodu i reszta niemająca zbyt wiele do powiedzenia. Ten obraz nie oddawał rzeczywistości, ale trwał w ludzkich umysłach.

Upadek ZSRR oznaczał, że ta konstrukcja to historia. Większość uznała, że nieuchronny jest wieloletni okres dominacji USA. Nie wszystkim taka perspektywa odpowiadała. Zaczęła się szeroka międzynarodowa debata o unii i multilateralizmie. Wydawało się jednak, że to czysta retoryka. W Waszyngtonie do głosu doszli neokonserwatyści przekonani o wszechmocy i wszechwładzy Ameryki. Wywoływało to obawy o trwałość sojuszy USA, w tym NATO.

Tymczasem w wielu krajach zachodziły ogromne zmiany, które traktowano jako swoiste ciekawostki, lekceważąc ich przyszły skumulowany efekt. Zaczęły wyrastać nowe potęgi gospodarcze, w pierwszej kolejności Chiny, ale także Indie, Brazylia i wiele innych państw Azji i Ameryki Łacińskiej. W ciągu kilkunastu lat zaowocowało to spektakularną rekonstrukcją modelu stosunków międzynarodowych.
Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej