W powodzi napływających z Ameryki ponurych doniesień o zbliżającym się bankructwie przeszła niezauważona jedna informacja, która jest chyba jeszcze bardziej ponura. Dowiedzieliśmy się mianowicie, że trwająca od 150 lat walka o równouprawnienie czarnych, która niektórym wydawała się wygrana, jest w rzeczywistości przegrana. I to z kretesem.

Zaczęła się ona, przypomnijmy, od wojny domowej, która dla Ameryki była bardziej krwawa niż dwie wojny światowe XX w. "Jeśli niewolnictwo nie jest złem, to nic nie jest złem" - powiedział prezydent Lincoln. Czarni uzyskali wolność i prawo głosu, ale jeszcze przez sto lat na południu kraju obowiązywała zasada "równi, ale odrębni". Czarni zawierali małżeństwa tylko z czarnymi, jadali w restauracjach w specjalnych miejscach, sikali w oddzielnych toaletach, w autobusach jeździli z tyłu i musieli ustępować miejsca białym, a ich dzieci uczyły się w osobnych klasach.
Pozostało 80% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej