Dlaczego rozwodzimy się na potęgę, choć podobno nie ma dla Polaka większej wartości niż rodzina i miłość?
Podyskutuj na naszym forum Czekamy również na wasze opinie i przemyślenia -
piszcie Weterani życia małżeńskiego wiedzą, że wywołać potężną awanturę, sprowokować złość czy chwilową urazę da się bez szczególnych starań, a często i bez świadomego zamiaru. Ale te ekscytujące potyczki nie prowadzą na ogół do głębszych zniszczeń, a bywa, że dodają pożyciu życia. Natomiast przemiana niezłego związku w smutną ruinę to już wyższa szkoła jazdy. Wymaga determinacji, nierzadko wytrwałości, bo w małżeństwie prawdziwa destrukcja może sączyć się latami. Skuteczne podtruwanie związku dobrze znają ludzie, którzy doświadczyli go na sobie.
Wal w partnera, gdy mu ciężko Anka: "Czasem - rzadko, no bo ja jestem z tych bardziej twardych - zdarza się, że sobie nie poradziłam, coś mi tam nie idzie. Jeśli pokażę, że jestem smutna albo niespokojna, pożalę się, że ważna sprawa mi się nie udała albo ktoś mnie sflekował bez powodu, mąż z punktu rusza do ofensywy. Niestety, wcale nie w mojej obronie. Mówi, że sama sobie na to zasłużyłam, bo źle się odnoszę do ludzi, zresztą tak samo, jak i do niego, a potem rozkręca się i leci już po całości - rozlicza mnie ze swoich krzywd, peroruje na temat mojej ogólnej wredności. Chyba specjalnie czyha na takie moje słabsze momenty. A jak ma okazję, to przy ludziach też chętnie opowie, jaka jestem beznadziejna, co znowu zrobiłam nie tak. "Słyszeliście, jak Anka ostatnio próbowała z sąsiadami w sprawie strychu się dogadać? Teraz to już chyba już cała kamienica nas obśmiewa". Nie dość, że nie stoi razem ze mną murem wobec świata, to jeszcze na ogół przyłącza się do moich przeciwników. Ostatnio usłyszałam kawałek piosenki: "Kiedy jedno spada w dół, drugie ciągnie je ku górze". Nawet nie liczę, że coś takiego w naszym małżeństwie w ogóle mogłoby się zdarzyć, przeciwnie - kiedy dołuję, on z triumfem zepchnąłby mnie jeszcze niżej. Dlatego od jakiegoś czasu wiem dobrze: jeśli zdarzy się, że nie poradzę sobie ze swoim spadaniem, to na pewno już nie do niego będę się zwracała".
Uwaga: atak najbliższego człowieka w chwili emocjonalnego odsłonięcia rani znacznie bardziej niż zwykła awantura i zostawia trwałe ślady. Zniszczone zostaje poczucie bezpieczeństwa i więzi, a druga osoba staje się wrogiem, którego należy się strzec. Dotyczy to również sytuacji intymnych: oceniający, nieżyczliwy komentarz w łóżku (w rodzaju "Co ty znowu taka niemrawa?" albo "Poradników się jakichś chyba naczytałeś, nie wysilaj się") może zmrozić partnera na długie miesiące.
Sprzedawaj intymność Benek: „Kiedyś w szkole kazali czytać Hłaskę, no i było takie opowiadanie, chyba » Słowa najświętsze «. Facet przeżywa, bo okazuje się, że dziewczyna takimi samymi słowami jak do niego zwracała się też do innego. Wtedy myślałem, że to jakiś frajer i co to ma w ogóle za znaczenie. Ale przypomniało mi się, no bo jest tak, że od dwóch miesięcy czytam sobie maile żony. Ona codziennie zamykała się przy komputerze, taka odleciana trochę, no i przyszło mi do głowy, żeby po cichu rzucić okiem. Okazało się, że jakiś gostek już od prawie roku jej się zwierza ze swoich nieszczęść, i że nigdy z żadną kobietą nie czuł takiej więzi, no, dla mnie raczej było ważne, co ona. A ona tam o tym pisze, o czym mnie nigdy nie chciała mówić, takie rzeczy trochę wstydliwe z dzieciństwa albo o swoim pierwszym razie. No i o nas też. Jak się poznaliśmy, jak do siebie mówiliśmy, jak było i jest w łóżku, że teraz okropnie i że się przymusza, o mnie, że mało wrażliwy jestem podobno - i też o różnych takich rzeczach, o których nigdy nikomu, tylko jej kiedyś, z głupoty chyba, opowiadałem. Nie wytrzymałem, powiedziałem, że to czytam, i zapytałem, czy o takich prywatnych sprawach musi się przed obcym człowiekiem rozpisywać. A ona na to - „O co ci chodzi? Wielkie mi niby te twoje tajemnice! Przecież cię nie zdradziłam. W życiu faceta na oczy nie widziałam, a i tak jest dla mnie mniej obcy niż ty”. No to wtedy pomyślałem, że może te trzy lata wytrzymam, zanim młodsza córka zacznie gimnazjum, ale nie daruję, bo to chyba nawet gorsza zdrada, niż gdyby z nim do łóżka poszła. I dla mnie to już raczej nie żona i nie bliski człowiek”.
Uwaga: niektóre naruszenia więzi są przeżywane jako wiarołomstwo cięższe nawet niż standardowa zdrada bez powikłań. Bliskość, zażyłość, zaufanie, wspólne wspomnienia i tajemnice - również te niedobre czy bolesne - to dorobek pary. Dopuszczenie kogoś z zewnątrz do buszowania w nim jest groźnym naruszaniem małżeńskiego kapitału i może doprowadzić do emocjonalnego bankructwa związku.
Słabnij Cezary: "Wracam do domu jak najpóźniej i już za progiem zaczyna się klimat gnuśnej niemożności. Żona nie pracuje, ale to nie oznacza bynajmniej, że się zajmuje domem, o gotowaniu nie ma nawet mowy, do tego nie prowadzi samochodu, leczy się z ciągle nowych dramatycznych dolegliwości i użala nad sobą. W domu wieczny chaos, ona ogląda seriale albo śpi, dzieci nauczyły się sobie radzić, bo wiedzą, że mamusia się źle czuje. Czasem nie wstanie nawet z łóżka. Jestem skrzyżowaniem bankomatu z wieloczynnościowym robotem i kierowcą. Seks oczywiście nie wchodzi w grę, bo ona zawsze coś ma nadwrażliwe, jak nie dolne rejony kobiece, to psychikę. Zresztą już i tak pewnie bym nie chciał, bo z tak cierpiącą osobą to dość perwersyjna przyjemność. Powiedziałem jej kiedyś, że się chyba przez pomyłkę ożeniłem z Obłomowem. Nie schwyciła, nic dziwnego zresztą, bo przecież oprócz poradników psychologicznych nie czyta już nic w ogóle. Z powodu tych lektur muszę wysłuchiwać, że to wszystko moja wina, bo jej nie kocham. Gdybym kochał, to bym rozumiał, jak jej trudno. A w ogóle tylko dzięki niej nasz związek przetrwał, bo znosi moje wybryki, inna dawno by mnie zostawiła. No więc mam pozór małżeństwa, ale żadnych ograniczeń ani zobowiązań, poza finansami oczywiście. W sumie nieźle, bo wolność od takiego balastu warta jest każdej ceny".
Uwaga: małżeństwo również podlega regułom swoistej elementarnej sprawiedliwości. Jeśli ktoś w ogólnym bilansie ponosi znacznie większe obciążenia, prędzej czy później zacznie się czuć wykorzystywany. A partner stale się uniesprawniający, pełen poczucia krzywdy i wyrozumiałości dla siebie obciąża drugą stronę nie mniej niż zasiedziały przed telewizorem wieczny kibic alkoholik.
Wykluczaj ze wspólnoty Darek: "Z perspektywy trzech lat mogę powiedzieć, że moje małżeństwo de facto przestało istnieć od czasu narodzin naszego synka, oczywiście jeśli przez małżeństwo rozumieć bliski związek dwóch osób, a nie rodzaj wspólnego przedsiębiorstwa. Akceptowałem, że na początku mały spał z matką w naszym łóżku małżeńskim, że żona była przemęczona i zaabsorbowana dzieckiem do granic i że codziennie przez wiele godzin, czasem i nocą, przebywała u nas teściowa. Zresztą, prawdę mówiąc, niewiele miałem do akceptowania, bo nikt znowu tak bardzo mnie o zdanie nie pytał. Kiedy wracałem z pracy, panie witały mnie przenikliwym: "Ćśśśśśś.... Najbardziej pożądane było, żebym natychmiast po powrocie zasiadał przed ekranem komputera albo telewizora ("Edek, tylko bez dźwięku, mały śpi..."), spędzał tam wieczór i następnie grzecznie układał się do snu na kanapce w salonie. Dookoła toczyło się jakieś życie, mały był karmiony, kąpany, zabawiany, ale moje próby włączenia się w to były raczej zbywane ("Ale daj spokój, on przywykł, że to ja go kąpię, odpocznij sobie"). I właściwie tak trwa do tej pory, choć muszę przyznać, że teściowa już nie wszystkie wieczory spędza u nas i że żona czasem dopuszcza mnie do jakichś czynności, na przykład pobawić się z dzieckiem mi wolno. Byle o odpowiedniej porze ("No co ty, on zaraz kolację będzie jadł"), nie za wesoło ("Nie rozśmieszaj go tak, potem nie zaśnie") i ostrożnie ("Co tak go przerzucasz jak worek kartofli, to co, że się śmieje, ze strachu się śmieje"). Z żoną mam coraz mniej wspólnego, nie pamiętam, kiedy rozmawialiśmy o czymś, co nie dotyczy naszego syna, a nocą łóżku małżeńskim zawsze ląduje mały. Nie śpimy ze sobą w ogóle, choć żona coś ostatnio zaczęła o tym przebąkiwać, bo chciałaby mieć córeczkę. I wtedy pomyślałem sobie "O nie, kochana, szukaj sobie na to innego frajera, bo jak ja jeszcze kiedyś w ogóle będę chciał mieć dziecko, to już na pewno nie z tobą".
Uwagi: bliskość jest zagrożona, jeśli jedno z partnerów włączy się w układ, który stanie się emocjonalnie ważniejszy niż związek. Konkurencyjną wobec małżeństwa podgrupę żona lub mąż może stworzyć z dzieckiem (zarówno niemowlęciem, jak nastolatkiem), ale też ze swoją rodziną, pracą lub choćby kolegami z boiska. Wtedy druga osoba czuje się zmarginalizowana, wykluczona ze świata partnera, a w końcu obca i zbędna.
Poniżaj Elżbieta: „Kiedy pierwszy raz powiedział do mnie » głupia cipo «, a było to, gdy nie udawało mi się przekręcić klucza w zamku, pomyślałam, że to jakiś idiotyczny żart. Ale popatrzyłam na niego, był śmiertelnie poważny, miał pogardliwe spojrzenie i zaciętą furię na twarzy. I od tej pory poleciało. Myślałam sobie najpierw, że siedzi w nim obcy facet, który za naciśnięciem guziczka wyskakuje jak kukułka ze szwajcarskiego zegara i trzeba się po prostu nauczyć, żeby nawet przypadkiem tego guziczka nie tknąć. Ale chyba się nie nauczyłam wystarczająco, bo przynajmniej raz w tygodniu widziałam nienawistne oczy i słyszałam syk, który nieuchronnie przechodził we wrzask: „Ty babo tępa, flejo, szmato, nie możesz wbić sobie wreszcie do kurzego móżdżka tego, co ci mówiłem tyle razy, gazetę jak składasz, idiotko, po przeczytaniu, ile listonoszowi za paczkę dałaś, klucze gdzie znowu wieszasz, jak idziemy między ludzi, to chociaż tej swojej płaskiej dechy w dekolty nie pakuj... z tłumokiem się ożeniłem, ciemna maso, prostaczko, krowo nieszczęsna ty”. Powoli do mnie dochodziło, że tego wszystkiego jednak nie wygłasza pomyłkowo wbudowany obcy program, ale mój mąż, ojciec naszych wspólnych dzieci, ktoś, kogo dopuściłam do siebie najbliżej jak można. Zawalczyłam ze względu na córki. Nie chciałam, żeby się nauczyły, że kobiecie się należy takie traktowanie. Jak się postawiłam, to się przestraszył i trochę przydusił tego chama w sobie. Teraz najwyżej patrzy wściekły albo odęty. A ja czekam na każdą dobrą okazję, żeby powiedzieć: „Ty durniu, ile razy ci mam powtarzać, że we wtorki dziecko bierze do szkoły dres... i co się tak tępo wgapiasz w telewizor, rusz się lepiej, bo dupa ci urosła jak stodoła... nie lubisz cykorii, to nie jedz, hak ci w smak, a my akurat lubimy... lepiej nie idź z nami, bo tylko zabawę popsujesz, tego twojego nudnego ględzenia już nikt słuchać nie może, za plecami ludzie się z ciebie śmieją, ty jeden tego nie widzisz, zadufku”.
Uwaga: niektórzy agresorzy tłumaczą swoją brutalność porywczym charakterem - "Ja już taki nerwowy jestem, ale przecież potem przeproszę, wiadomo, że tak nie myślałem... jak co gorszego palnę, to kwiaty nawet potem kupuję". Jednak osobom nazywanym "durną suką pierdoloną" czy "śmierdzącym kutasem" niewiele pomaga świadomość, że współmałżonkowi tylko tak się wymyka w niekontrolowanym porywie uczuć. Narasta żal, upokorzenie, chęć odwetu wreszcie. Przychodzi moment, gdy róże ani nawet brylanty nic już nie pomogą. Często stosowane przez brutala tłumaczenie to obwinienie drugiej strony: "bo on (ona) zawsze mnie tak sprytnie potrafi sprowokować". To prawda, że niektórzy współmałżonkowie zachowują się tak, że aż język, a nawet ręka świerzbi. Ale zwykłe prowokacje nie naruszają godności drugiej strony, nie powodują nieodwracalnych zniszczeń, zjadliwa pogarda i obelgi - tak.
Przemoc, poniżenie, opuszczenie, nielojalność, zaniedbanie, sprzeniewierzenie - to tylko niektóre ze sposobów okaleczenia związku, tak by bliskość w nim obumierała nieuchronnie. Nawet jeśli ta destrukcja jest wyrazem bezradności i cierpienia, to głównym jej skutkiem są kolejne spalone mosty. I w jakimś momencie nie ma już możliwości spotkania. Warto o tym pamiętać, zanim desperacko lub z nawykowej bezmyślności zacznie się niszczyć drugą osobę - i siebie.